Widzieć inaczej

Naprawdę poczułam się nieswojo. Siedział przede mną miły mężczyzna, przed nim stała filiżanka świeżo zaparzonej herbaty i spokojnym, opanowanym głosem opisywał stan moich wewnętrznych narządów. Nie było dużych rewelacji – każdy po trzydziestce ma prawo mieć mały śmietnik w wątrobie czy ”coś na żołądku”. Oczywiście to było trochę krępujące, kiedy pan Maciej zastanawiał się głośno, co może oznaczać pozioma kreska na brzuchu, ale cóż – sama poprosiłam o diagnozę. Moja operacja sprzed lat najwyraźniej nie była dla niego tajemnicą. Inne informacje, które uzyskałam podczas tej krótkiej rozmowy zachowam dla siebie. A zachowam dlatego, że były trafne. Jako sceptyczka, nie poddaję się łatwo. Słyszałam już co prawda wcześniej entuzjastyczną relację pacjentki pana Macieja o jego uzdrawiającej mocy. Ta młoda kobieta chorowała na sarkoidozę, chorobę nieuleczalną. Polega ona na postępującym włóknieniu płuc. W zaawansowanym stadium choroby człowiek nie może oddychać i po prostu się dusi. Lekarze chcąc powstrzymać postęp choroby u pacjentki zastosowali kurację sterydami. Niestety kobieta znosiła kurację bardzo źle, utyła, ponadto okazało się, że jest na sterydy uczulona. Kurację trzeba było przerwać. Wtedy trafiła do pana Macieja. Po zabiegach bioenergoterapeuty nastąpiła tak wyraźna poprawa, że zdecydowała się ponowić badania. Ku zaskoczeniu lekarzy wyniki były świetne. Ani śladu choroby. Ale relacja relacją, a ja chciałam być pewna. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Bardzo nie w porę - skrzywiłam się do siebie. Do gabinetu wkroczyła Joanna. Już od progu oświadczyła, że czuje się fatalnie i sama nie wie jak sobie z tym zdrowiem poradzić. Oczy mi zabłysły – akurat jest u nas pan Maciej Chłopek, znany bioenergoterapeuta – poinformowałam Joannę półgłosem – na pewno zgodzi się ciebie obejrzeć i coś ci doradzi. Stałyśmy w ciemnym przedpokoju. -Panie Macieju – zawołałam – czy nie obejrzałby pan znajomej? Źle się czuje. Pan Maciej lekko odwrócił się w naszą stronę – powinna zmienić dietę i zrobić coś z nadwagą, wydaje mi się, że z wątrobą też nie jest najlepiej. Joanna westchnęła z rezygnacją - No tak, każdy kto na mnie spojrzy od razu tak mówi. A cholesterol mam okropnie powyżej normy. Tylko że pan Maciej jest praktycznie niewidomy – poinformowałam ją scenicznym szeptem – nie mógł na ciebie spojrzeć. Joanna postała przez chwilę jak wmurowana. I poszła. Nadal zamurowana. Bez słowa. Wróciliśmy z panem Maciejem do rozmowy. Jak każdy, byłam ciekawa jak to się dzieje, że niemal niewidzący człowiek może prześwietlić drugiego i obejrzeć jego ciało od środka. To zaczęło się jeszcze na studiach – wyjaśnił pan Maciej. Moja wada wzroku zaczęła się pogłębiać w szybkim tempie, lekarze byli bezradni. A ja zauważyłem, że moje zmysły się wyostrzają. Nieoczekiwanie, podczas rozmowy z kimś zaczynałem widzieć jego organizm wraz z wewnętrznymi narządami i to w różnych barwach. Jasne, pastelowe, nie budziły mojego niepokoju, natomiast kiedy widziałem kolory ciemne, jakby brudne, podejrzewałem jakąś chorobę lub przynajmniej skłonność do zachorowania u tej osoby. Moje spostrzeżenia okazywały się trafne na tyle często, że zrozumiałem, iż nie mogę tego daru traktować jedynie jako ciekawego zjawiska. Zacząłem intensywnie pogłębiać swoją wiedzę z zakresu anatomii i bioenergoterapii. Okazało się, że nie tylko mogę widzieć chore narządy i tkanki. Mogę także przekazywać w chore miejsca uzdrawiającą energię. Przez lata mojej praktyki jako bioenergoterapeuty wiele osób uniknęło choroby, wyzdrowiało lub przynajmniej ograniczyło branie leków. Część z moich pacjentów przekazało mi relacje ze swojego procesu dochodzenia do zdrowia. To dla mnie bardzo ważne mieć potwierdzenie od zainteresowanych, że faktycznie pomogłem. Kiedy pracuje się energią, której nie widać, a jej przepływ czują przecież nieliczni, zawsze człowiek porusza się w niezbadanych obszarach. Jednak przykłady ludzi, których stan zdrowia się poprawił, pomimo że podczas zabiegów nic nie czuli – co wyklucza w dużym stopniu tzw. efekt placebo – to dowód na działanie uzdrawiającej energii. Chciałabym zobaczyć te relacje – poprosiłam. Pan Maciej Chłopek wręczył mi zeszyt z wieloma wpisami. Znalazłam wśród nich i ten o sarkoidozie i wiele innych. Największe wrażenie zrobiła na mnie relacja napisana przez pacjentkę, która przez rok leżała w śpiączce po wypadku samochodowym i urazie głowy. Dziewczyna miała 24 lata. Lekarze nie robili rodzinie żadnej nadziei. Myślano nawet o umieszczeniu jej w tańszym szpitalu ze względu na bardzo wysokie koszty utrzymywania jej przy życiu – cierpliwość amerykańskiego towarzystwa ubezpieczeniowego była na wyczerpaniu. Tam czekałaby po prostu na śmierć. Po kilku wizytach pana Macieja chora zaczęła poruszać rękami i nogami, otworzyła oczy.. Obecnie porusza się o własnych siłach i ma kontakt z otoczeniem. Następny wpis dotyczy pięciu mięśniaków. Po zabiegach bioenergoterapeuty znikły i kobieta uniknęła zaplanowanej operacji. Znalazłam też wpisy zaczynające się od słów „Będąc dotychczas przekonany o swojej odporności na wszelkie wpływy bioenergetyczne, magnetyczne itd. zostałem przekonany do całkowitej zmiany poglądu”. Zamyśliłam się głęboko. Treść wpisów podopiecznych pana Macieja doprowadziła mnie do następującej refleksji - ile cierpienia można zaoszczędzić dając sobie szansę na skorzystanie z czegoś, czego nie jesteśmy w stanie pojąć. A przy okazji – czy ktoś naprawdę wie, jak działa aparatura medyczna? Zwykły aparat rentgenowski, czy USG? Nie rozumiemy, ale wierzymy w ich działanie. To samo dotyczy leków, które karnie bierzemy, nie znając ich składu. Bioenergoterapia nie daje efektów ubocznych, nie można jej przedawkować. Jest najmniej inwazyjnym sposobem uzdrawiania jaki znam. 


Hanna Nikodemska

© 2017 Maciej Chłopek